Kategorie: Wszystkie | (1)CR | (2)Real Madryt | (5)Strzelcy PD | (6)LM | MŚ 2010 | Popularne
RSS
niedziela, 22 maja 2011

Po tym meczu zadowoleni są wszyscy. Rekordowy Cristiano Ronaldo, pożegnany adekwatnie do roli w drużynie Jerzy Dudek, debiutujący w roli strzelca w pierwszej drużynie na Santiago Bernabéu 21-letni Joselu, a także cały zespół Realu Madryt, który z kibicami przybyłymi na stadion pożegnał się w sposób najlepszy z możliwych.

Cristiano Ronaldo zadbał, aby emocje związane z pobiciem ligowego strzeleckiego rekordu wszechczasów nie trwały długo. Wszelkie wątpliwości rozwiał już po czterech minutach, a zaszczytu asystowania mu przy tym historycznym wydarzeniu dostąpił kapitan Realu Madryt w tym spotkaniu Sergio Ramos. W pierwszej części Królewscy wyglądali ospale, nie forsując tempa ani na chwilę. To wystarczyło, aby zdobyć jeszcze jedną bramkę. Po fantastycznej asyście Mesuta Özila do siatki trafił po raz pierwszy, ale nie ostatni, Adebayor.

Goście odpowiedzieli minutę później. I to było jedyne, co mieli do powiedzenia w tym spotkaniu. Brak zdecydowania Pepego i Dudka wykorzystał Kalu Uche. Takim wynikiem zakończyła się pierwsza część meczu. Po przerwie przemawiał już tylko Real Madryt.

Dwie minuty po przerwie strzelanie rozpoczął Karim Benzema, który przedryblował całą defensywę Almeríi. W minucie pięćdziesiątej pierwszej po raz drugi piłkę w siatce umieścił Manolo Adebayor, dobijając piłkę po strzale Cristiano Ronaldo niemal z zerowego kąta (piłkę na poprzeczkę sparował wracający zawodnik gości). Następny gol padł po flagowym produkcie made by Real Madrid, czyli perfekcyjnym kontrataku, zakończonym przez Karima Benzemę. Siedemdziesiąta druga minuta to trzecia bramka Adebayora. Cristiano Ronaldo dał znać o sobie jeszcze raz tego wieczoru. Jakby chciał udowodnić, że to nie przypadek, że to historia dzieje się na naszych oczach, choć udowadniać nie musiał już nic. W siedemdziesiątej siódmej minucie strzałem z dystansu trafił po raz czterdziesty w tym sezonie w La Liga i po raz osiemdziesiąty szósty w osiemdziesiątym szóstym meczu w barwach Realu Madryt!

W osiemdziesiątej czwartej minucie Karima Benzemę zmienił zawodnik Castilli, Joselu, by trzy minuty później wpisać się na liste strzelców wykorzystując podanie Ronaldo i bierność zrezygnowanej defensywy gości. Wspaniałe zakończenie tego spotkania, w którym oprócz goli nie działo się wiele.

Nie sposób nie wspomnieć w tym momencie o Jerzym Dudku. Mecz ten będzie dla polskich kibiców warty zapamiętania z jednego powodu: niezależnie od okoliczności, w jakich stanął w bramce, niezależnie od roli w zespole, niezależnie od ilości spotkań, jakie rozegrał - cały stadion, dziesięciu kolegów na murawie, wszyscy zawodnicy na ławce rezerwowych, a także cały sztab szkoleniowy Realu Madryt oklaskiwał Polaka opuszczającego murawę Santiago Bernabéu. Takie coś może nie powtórzyć się przez następne sto lat.

realmadrid.pl

niedziela, 08 maja 2011

José Mourinho do samego końca chce walczyć o mistrzostwo Hiszpanii. Właśnie dlatego Portugalczyk w dzisiejszym meczu na Sánchez Pizjuán z Sevillą postawił na najmocniejszą jedenastkę. Od pierwszych minut kibice mogli ujrzeć takich zawodników jak Pepe, Xabi Alonso, Mesut Özil i Cristiano Ronaldo. Jak się później okazało, piłkarze również nie zamierzali spocząć na laurach i stworzyli w Andaluzji niesamowite widowisko.

Pierwsza połowa rozegrała się pod całkowite dyktando Królewskich. Już w 11. minucie doskonałą okazję do otworzenia wyniku zmarnował Benzema. Francuz otrzymał dobre dośrodkowanie od Özila, ale z kilku metrów nie potrafił skierować piłki do siatki. Dziesięć minut później było już jednak 0:1 - kolejne dośrodkowanie Niemca, tym razem z rzutu rożnego, w polu karnym najwyżej wyskoczył Sergio Ramos i głową pokonał bramkarza rywali.

Po kilku sekundach wynik mógł podwyższyć Cristiano, ale trafił w słupek. Portugalczyk ponownie pokazał się w 31. minucie - w szesnastkę Sevilli dośrodkował Marcelo, piłkę do środka zgrał Pepe, a madrycka "siódemka" silnym strzałem dopełniła formalności. 0:2. Madryt nie zwalniał. Na kolejną ciekawą akcję podopiecznych Mourinho nie trzeba było długo czekać: Cristiano zagrał przed pole karne do Alonso, którego potężne uderzenie zdołał sparować Javi Varas. Po kolejnych dwóch minutach było już 0:3 - najpierw piłkę szybko wymienili Özil i Kaká, po czym ten drugi idealnie przymierzył z siedemnastu metrów, nie dając szans bramkarzowi rywali.

Na drugą połowę goście wyszli lekko rozluźnieni. Nie było już silnego pressingu, a piłkarze czekali na błąd przeciwnika. Ten jednak przydarzył się Królewskim. Dokładnie po godzinie gola na 1:3 zdobył Álvaro Negredo. Hiszpan silnie uderzył zza pola karnego, a piłka wpadła obok krótkiego słupka. Gospodarze nie cieszyli się jednak zbyt długo. Tym razem Negredo odegrał rolę antybohatera, praktycznie otwierając drogę do bramki Cristiano, którego instynkt w takich sytuacjach nie zawodzi. 1:4! A to jeszcze nie koniec.


Portugalczyk popisał się także w 70. i 76. minucie. Najpierw pokonał Varasa w sytuacji sam na sam, a następnie wykończył akcję zespołu, trafiając do pustej bramki. Asystę zaliczył Benzema. Sevillę stać było jeszcze jedynie na jednego gola. Po dośrodkowaniu z rzutu rożnego bramkę ponownie strzelił Negredo. O ile w pierwszej sytuacji Casillas mógł spóźnić się z reakcją z powodu nadmiaru zawodników przed szesnastką, to tutaj powinien zachować się lepiej. Do końca meczu wynik nie uległ już zmianie, a królewski Madryt cieszył z bardzo korzystnego wyniku.

Real Madryt zafundował dziś kibicom wielki spektakl. Brawa dla zawodników za to, że chcą grać do końca. Genialne spotkanie zaliczył Cristiano Ronaldo, któremu brakuje już jedynie pięciu trafień do pobicia legendarnego rekordu Hugo Sáncheza. Jeszcze raz, brawa dla naszych pupili za walkę do końca. Sevilla rozstrzelana i - uwaga - nie przez arbitrów.

Sevilla FC - Real Madryt 2:6 (0:3)
Bramki:
0:1, Sergio Ramos, 21’
0:2, Cristiano Ronaldo, 31’
0:3, Kaká, 42’
1:3, Negredo, 60’
1:4, Cristiano Ronaldo, 64’
1:5, Cristiano Ronaldo, 70’
1:6, Cristiano Ronaldo, 76’
2:6, Negredo, 84’

Kartki: Sánchez, Romaric (Sevilla) - Lass, Sergio Ramos (Real Madryt)

Sevilla FC: Javi Varas; Sergio Sánchez, Fazio, Escudé, Navarro (Dabo, 11’); Diego Capel, Medel, Zokora (Renato, 83’), Romaric; Kanouté (Alfaro, 72’), Negredo

Real Madryt: Casillas; Arbeloa, Pepe, Sergio Ramos, Marcelo; Lass, Xabi Alonso (Albiol, 57’), Özil (Granero, 77’), Kaká (Adebayor, 55’), Cristiano Ronaldo; Benzema

realmadrid.pl

czwartek, 05 maja 2011

- Marzenia o finale Ligi Mistrzów musimy niestety odłożyć na następny sezon. Po dwumeczu z Barceloną na pewno pozostanie duży niesmak. We wszystkich spotkaniach pucharowych w tym sezonie, czy to w Lidze Mistrzów, czy w Pucharze Króla graliśmy bardzo podobnie – uważnie w obronie, czekając na wyprowadzenie decydujących ciosów.

- Skutek był taki, że do finału Pucharu Króla dotarliśmy bez problemów, a w finale pokonaliśmy bezradną Barcelonę. Niestety nie udało nam się wyeliminować jej z Ligi Mistrzów. Jeszcze długo nie będą milknąć echa tej konfrontacji. W Barcelonie, na wyjeździe osiągnęliśmy wynik 1:1, więc przy bardzo prawdopodobnym remisie w Madrycie 0:0 (gdyby nie czerwona kartka dla Pepe), nasz zespół mógł cieszyć się z awansu do finału LM. Zawsze jest jednak jakieś ale.

- W pierwszym meczu przegraliśmy po skandalicznych decyzjach sędziego 0:2 i to wystarczyło Barcelonie do awansu. Mimo ciężkich dni, jakie ostatnio przeżywaliśmy, pokazaliśmy charakter w rewanżu. Myślę jednak, że nasi kibice będą pamiętać te mecze niestety tylko ze względu na kontrowersyjne decyzje sędziego – w obu spotkaniach.

- Szkoda, że takie piłkarskie święto nie może być wspominane z uwagi na piękną grę i wiele ciekawych akcji pod bramkami. Dawno nie widziałem tak dziwnych decyzji – chyba od pamiętnego mundialu w Korei i Japonii w 2002 roku. Musimy przełknąć gorzką pigułkę. Żałujemy, że duch fair play, o którego tak zabiega UEFA, został odłożony na dalszy plan. 

realmadrid.pl

FC Barcelona obroniła dwubramkową zaliczkę i awansowała do finału Ligi Mistrzów sezonu 2010/11. Na Wembley Stadium zmierzy się z Manchesterem United albo... Schalke 04 Gelsenkirchen. Większość sympatyków futbolu pożegnała niemiecki zespół z rozgrywkami, a przecież dwumecz jeszcze nie jest rozstrzygnięty. Przecież cuda się zdarzają... szczególnie w futbolu.

No właśnie, Real Madryt potrzebował w meczu na Camp Nou cudu. Piłkarze Aitora Karanki wyszli na niesamowicie zroszoną murawę bardzo zmotywowani. Widać było chęć walki, odwagę, wiarę, że jednak coś można ugrać w tej beznadziejnej niemal sytuacji. José Mourinho, siedząc gdzieś tam w jednym z hoteli w Barcelonie, mógł być dumny. Dumni mogli być też ludzie odpowiedzialni za murawę na Camp Nou. Murawa była intensywnie nawodniona. Tak jak podopieczni Pepa Guardioli lubią najbardziej. Deszcz nie dawał bowiem spokoju mieszkańcom Katalonii przez większość wtorkowego dnia.

Co do meczu, mógł się podobać, jeśli ktoś ma w pamięci poprzednie starcia Realu Madryt z Barceloną. Wtedy pełno było brutalnych, chamskich wręcz zagrań, które tylko ujmowały widowisku, jakim bez wątpienia są Gran Derbi. We wtorek takich zagrywek było stosunkowo mniej. Oczywiście znani aktorzy musieli odegrać kilka scenek. Dance in the rain on the grass odstawili wzorowo Dani Alves czy Javier Mascherano. Z drugiej strony śmieszyć mogła mina Ricardo Carvalho, który po ewidentnym faulu zgrywał niewiniątko. Ale taki jest futbol.

Do przerwy obyło się bez goli. Królewscy wyszli na murawę z wiarą, że wciąż wynik nie jest przesądzony. Chwilę po wznowieniu świetną akcję przeprowadził Cristiano Ronaldo, piłka odbiła się od Mascherano, dopadł do niej Gonzalo Higuain i ... umieścił ją w siatce, tuż obok Víctora Valdésa. Wielką radość kibiców Los Blancos przerwał gwizdek sędziego. Pan Frank De Bleckeere podjął słuszną decyzję. Tak, słuszną. Ronaldo wytrącił z równowagi Argentyńczyka, przez co ten nie mógł już dojść do piłki. Gdyby były zawodnik Liverpoolu ustał na nogach, Pipita mógłby pomarzyć jedynie o dobrym kebabie, a nie o strzeleniu bramki. Kto uważa inaczej, niech nieco ochłonie.

Iker Casillas dawał z siebie wszystko. Obronił co najmniej trzy strzały barcelonistów, po których mógł paść gol. Blisko otworzenia wyniku byli Sergio Busquets, ale jego strzał głową okazał się za prosty dla kapitana Los Blancos, Lionel Messi i David Villa. Im także nie udało się trafić do bramki Realu Madryt. Uczynił to Pedro. 23-letni napastnik otrzymał kapitalne podanie od Andrésa Iniesty. I tu naprawdę czapki z głów dla pomocnika Blaugrany. Podanie było najwyższej jakości, a Raúl Albiol czy Ricardo Carvalho mogli futbolówkę odprowadzić jedynie wzrokiem.

Real Madryt nie poddał się, choć wiele mogłoby wskazywać na to, że kwestią czasu będą kolejne bramki dla Barcelony. W roli głównej wystąpił Ángel Di María. Tak jak nie szło mu większość meczu, tak teraz zachował się fantastycznie. Znalazł się w polu karnym i mocno kropnął w kierunku bramki Valdésa. Piłka jednak nie wpadła do bramki, a jedynie odbiła się od słupka i wróciła pod nogi Argentyńczyka. Ten zamarkował skutecznie strzał i podał do wbiegającego Marcelo. Brazylijczyk nie mógł w tej sytuacji spudłować i tak też się stało. Czwarty kapitan Królewskich wziął piłkę w dłoń i szybko pobiegł w kierunku linii środkowej. Wciąż wierzyli.

Ale Barça nie dała się "sfrajerzyć". Wygrał lepszy. Po prostu lepszy. Nie żaden futbol, czy inne bzdury, którymi co chwilę popisywali się kolejni eksperci. Królewscy zagrali na tyle, na ile byli w stanie sprostać rywalowi. Podjęli walkę. Obyło się bez niepotrzebnych awantur, przepychanek, pretekstów do kolejnej burzy. Remis. Dwumecz przegrany. Odpadamy. Schodzimy do szatni. Gramy do końca sezonu w lidze dla kibiców. Myślimy i przygotowujemy się do kolejnego sezonu. Tak to powinno wyglądać.

Jeśli ktoś chce się zabawić w typowego Gdybyniera (nawiązanie do Kanonierów czysto przypadkowe), to jego wola. Może powiedzieć, że zamiast Kaki mógł zagrać Karim Benzema. Że gdyby nie wyleciał Pepe, to mecz na Santiago Bernabéu skończyłby się inaczej. Ale to nic nie zmieni. To już przeszłość. To Barcelona zagra w finale, nie Real Madryt. Warto zachować honor, pogratulować przeciwnikowi i poczekać na kolejny sezon.

Dobrze, że to już koniec tego maratonu klasyków, bo ile można oglądać mecze w takich nerwach. Wiele słów padło w trakcie tych kilkunastu dni. Za wiele. Niektórzy powinni zastanowić się nad słowami, które wypowiadają. Ochłonąć. Może pomoże.

realmadrid.pl

piątek, 29 kwietnia 2011

Zawiódł się ten, kto myślał, że znów od pierwszej minuty zneutralizujemy Dumę Katalonii. Obecność Seydou Keity zrobiła swoje, Josep Guardiola najwyraźniej odrobił pracę domową z zakresu taktyki. Nasza drużyna prezentowała się pod tym względem gorzej niż w finale Copa del Rey, widać było więcej chaosu, nie wspominając już o braku Carvalho na środku defensywy. Ba, w pierwszej odsłonie można wręcz było odnieść wrażenie, iż w tym spotkaniu to Barcelona zachowuje się dokładnie tak, jak Real Madryt zachowywał się w meczu o Puchar Króla, Dani Alves wziął zaś na siebie rolę głównego faulującego.

Tym razem to Barcelona udanie neutralizowała Królewskich i to ona zaczęła po trzydziestu minutach opadać z sił, my przycisnęliśmy, a naszym rywalom zaczęły puszczać nerwy. O ile po meczu finałowym obie drużyny zgłaszały pretensje do miana tej, która zagrała ładniej, o tyle tym razem taki pomysł nie przyjdzie do głów raczej ani jednej, ani drugiej. Nie zasługuje na określenie „ładna gra” ani chaotyczny styl (czy też jego brak) Realu Madryt, ani piłka Barcelony, angażująca często ośmiu zawodników zagęszczających środek pola i broniących dostępu do pola karnego Víctora Valdésa. Niemniej jednak, w pierwszej połowie, a zwłaszcza w pierwszych trzydziestu minutach, Duma Katalonii częściej gościła pod bramką Casillasa niż my pod bramką Valdésa.

Frustracja sięgnęła zenitu po zakończeniu pierwszej połowy. Przepychanki Keity z Arbeloą na pewno nie zasługują na pochwałę, ale też trudno któregoś zawodnika szczególnie za to potępiać. Natomiast kiedy Pinto postanowił się wtrącić z pięściami do męskiej pogawędki wzmiankowanej dwójki, o mało co skończyłoby się to bójką. Rezerwowy bramkarz Barcelony słusznie dostał za to czerwoną kartkę. No ale, jak to mówią, nie śmiej się, dziadku, z cudzego wypadku.

Z perspektywy kibica niezaangażowanego druga połowa była zdecydowanie lepsza od pierwszej. Była lepsza także z perspektywy madridisty… do 61. minuty, kiedy to czerwoną kartką ukarany został Pepe. Można oczywiście oskarżyć jego „ofiarę” o teatralne aktorstwo (wszak pozbierał się podejrzanie szybko), ale też zamysł Portugalczyka określić da się tylko jako bezmyślny. A czy był faul, niechaj każdy oceni sam (przyznaję, że z innych dostępnych w internecie powtórek trudno wyciągnąć tak jednoznaczne wnioski jak z tej).

Nic dziwnego, że mająca przewagę jednego zawodnika Duma Katalonii ruszyła do ataku, w pewnym momencie tylko gigantyczne szczęście uratowało nas przed utratą gola po strzale Pedra na praktycznie pustą bramkę. Czego nie dokonał Pedro, tego jakieś dziesięć minut później dokonał Messi. On też dobił Królewskich.

Począwszy od czerwonego dubletu dla dwóch Portugalczyków Barcelona zaczęła przeważać, ale mecz jako widowisko – zaczął się sypać. Czy to sędzia położył mecz, czy on nam go przegrał? Czy powinien pokazać więcej kartek piłkarzom Barcelony? Na to pytanie niech każdy odpowie sobie sam. Niemniej jednak, choćbyśmy nie wiem jak potężne pretensje wyrażali pod adresem sędziego, niezaprzeczalnym faktem jest, iż nie zagraliśmy nawet w połowie tak dobrze jak w dwóch poprzednich spotkaniach. Zagraliśmy… dziwnie, wręcz absurdalnie. A sytuacje takie jak aktorska gra Busquetsa (tu zdecydowanie należała się kartka) dopełniły Montypythonowskiego klimatu meczu.

Piłkarzem meczu należałoby chyba obwołać na równi z Messim, zdobywcą dwóch goli, Ibrahima Afellaya, bo w jakiś niepojęty sposób to właśnie jego pojawienie się na murawie dało naszym rywalom impuls do walki. To Holender asystował przy pierwszym golu, to on kilka razy nieprzyjemnie szarpnął naszą defensywę. Poza tym Afellay ani nie usiadł na plecach Albiola, ani nie wygarniał piłki ręką spod nóg jednego z piłkarzy Realu Madryt, bodajże Marcelo – obu tych rzeczy dopuścił się Argentyńczyk.

Co nie zmienia faktu, że pretensje powinniśmy mieć w głównej mierze do siebie. Barcelona była dziś do pokonania. Ale musiałaby z nią zagrać inna, choćby troszkę inna drużyna.


realmadrid.pl

wtorek, 26 kwietnia 2011

Ależ szalony był mecz na Mestalla! Dziewięć bramek, jedna na dziesięć minut, niesamowite tempo, sporo niedokładności, które jednak pozwoliły rywalom na milsze dla oka akcje. Mourinho w starciu z Valencią postawił na mocno rezerwowy skład z Nacho, Garayem, Kaką, Granero czy Canalesem w wyjściowej jedenastce. Kto myślał, że z tego powodu gra Królewskich nie będzie się układała, musiał być bardzo zaskoczony. Zdobywcy Pucharu Króla wygrali 3:6, prezentując futbol zdecydowanie inny niż w środowym finale. Na każdego rywala Mou znajduje receptę.

Już pierwszy celny strzał gości musiał przestraszyć Valencię, piłka zatrzymała się bowiem na słupku tuż nad zdezorientowanym Guaitą. Piekielnie mocno strzelił Benzema, ale tym razem szczęście było po stronie Nietoperzy. Trzy minuty później napastnik reprezentacji Francji był już dokładniejszy - po podaniu Higuaína i błędzie bramkarza umieścił futbolówkę w siatce.


Choć gospodarze próbowali ataków pozycyjnych, kolejne trafienie znów było dziełem Królewskich. I ponownie zawdzięczaliśmy je rywalom. Tym razem nie popisał się Mathieu, który w decydującym momencie stracił piłkę na rzecz
Pipity. Takiego prezentu nie sposób było zmarnować.

Do przerwy scenariusz nie uległ zmianie. Drużyna Emery'ego szukała sposobu na dobrze zorganizowaną obronę
Los Blancos, a przyjezdni praktycznie każdą kontrę zamieniali na bramkę. Tym sposobem Guaita skapitulował jeszcze dwukrotnie. W 39. minucie bierność Valencii wykorzystał Benzema do spółki z Higuaínem, który wyłożył piłkę Kace. Trzy minuty później to Argentyńczyk skorzystał z podania Brazylijczyka i Królewscy po raz czwarty cieszyli się z gola.

Upokorzeni gospodarze w drugiej odsłonie bardziej zdecydowanie atakowali
Los Merengues, za co po kilku minutach zostali skarceni. Hattricka zanotował Higuaín, a asystował mu nie kto inny jak Kaká. O dziwo, manita nie podcięła skrzydeł Macie i spółce, zaczęła się natomiast sypać defensywa Królewskich. Najpierw zaowocowało to niegroźną stratą bramki, gdy z najbliższej odległości do siatki trafił Soldado.

Za pokonanie Casillasa gospodarzy ukarał Kaká, swobodnie wpadając w pole karne, zakładając siatkę obrońy i precyzyjnym strzałem zmuszając Guaitę do kapitulacji. Mourinho wprowadził na murawę Cristiano Ronaldo i Pedro Leóna, ale nie rozruszało to drużyny. Przez kilkanaście minut mieliśmy spokój, urozmaicony raptem jednym niecelnym strzałem ekipy Emery'ego, ale w okolicach 80. minuty zaczęło się robić nerwowo.


Na 2:6 podwyższył Jonas, korzystając z przerwy na drzemkę w szeregach Królewskich. Do końcowego gwizdka jeszcze kilka razy oglądaliśmy dziurawą jak ser szwajcarski defensywę Realu Madryt, ale, na szczęście, pozwoliła ona rywalom tylko na zdobycie żółtej kartki za próbę wymuszenia karnego i ostatnie, trzecie trafienie. Wynik, po świetnym podaniu Maty, ustalił Alba, ale trzy punkty nie mogły powędrować w inne niż Bernabéu miejsce.


Pierwsza odsłona była synonimem sukcesu osiągniętego jak najmniejszym wysiłkiem. Królewskim wychodziło wszystko, a skuteczność wyprowadzanych kontrataków budziła podziw. Spokojem imponował debiutujący Nacho, w środku pola świetnie radził sobie i Lass, i Granero, ofensywa działała jak w szwajcarskim zegarku.


Można się było spodziewać, że po przerwie podopieczni Mourinho spuszczą z tonu, aczkolwiek nieporadności w obronie było momentami niepokojąco wiele. Dzięki ogromnej zaliczce z pierwszych czterdziestu pięciu minut madrytczykom nie mogła stać się krzywda, ale koncentracja do ostatniego gwizdka na pewno by nie zaszkodziła. W tak obfitym w gole meczu nie szukajmy jednak minusów, cieszmy się uniwersalnością Realu, który zna futbol nie tylko oparty na faulach i murowaniu bramki, co próbują nam zarzucać niektórzy.

realmadrid.pl

czwartek, 21 kwietnia 2011

Piękne uczucie. Wstyd przyznać, ale już trochę zapomniałem, jak to jest – oglądać Real Madryt tryumfujący w finałowym meczu. I to w jakim meczu. Królewskim!

Jeśli ktoś miał wątpliwości co do taktycznego geniuszu Mourinho (a po klęsce na Camp Nou miał prawo), dziś powinien je raz na zawsze porzucić. Portugalczyk ustawił drużynę w sposób idealny. Przez pierwsze trzydzieści minut Barcelona na murawie nie istniała, neutralizowaliśmy wszelkie jej akcje ofensywne, a bywały okresy, że w ogóle nie wpuszczaliśmy na naszą połowę. Dopiero w ostatnim kwadransie przed przerwą zaczęło naszym brakować trochę kondycji, szyki defensywne lekko się rozluźniły, ale jedyną, dosłownie jedyną „typowo barcelońską” akcję ofensywną podopieczni Pepa Guardioli przeprowadzili w 75. minucie.


Na murawie nie brakowało emocji, piłkarze obu drużyn grali bezpardonowo, ryzykując kolejne kartki (aż dziwne, że nie było ich więcej), ale chociaż chwilami górę brały negatywne emocje, to w ostatecznym rozrachunku obejrzeliśmy bardzo dobre, wypełnione walką i akcjami spotkanie. Także w dogrywce, kiedy drużyny wyraźnie osłabły (trudno się dziwić), na murawie działo się dużo. Aż zaskakujące, że
Los Blancos wytrzymali kondycyjnie Mourinhowską koncepcję gry, ale… wytrzymali, wytrzymali bieganie, wytrzymali walkę bark w bark, wytrzymali faule (przyznajmy zresztą uczciwie, że nie pozostawali dłużni) i zadali jeden, decydujący cios, po czym zrobili dokładnie to, co powinna zrobić klasowa drużyna: nie pozwolili przeciwnikowi zerwać się do kontrataku.

W Barcelonie widać było zarówno brak Puyola, jak i brak formy Pedra i Villi, u nas zaś… było widać geniusz taktyczny Mourinho.

Nawet ci piłkarze, którzy zagrali słabiej, zagrali poprawnie, bez jakichkolwiek poważniejszych błędów. Co najistotniejsze, nie popełniliśmy ani jednego błędu, po którym Barcelona doszłaby do sytuacji strzeleckiej. Spełniło się moje życzenie. Oto dostaliśmy instruktarz pod tytułem „Jak wygrywać z Barceloną”. I nikt chyba nie powie, żeśmy wygrali niezasłużenie.

Zapowiadając mecz, przypomniałem występ Susan Boyle w „Mam talent”. Teraz dopiero przyszło mi do głowy, jak odpowiednie jest to nawiązanie. Sympatyczna Szkotka śpiewała wszakże I dreamed a dream. Myśmy ten dream śnili od wielu lat. I wreszcie się spełnił.

Ach, jakże cudowne, jakże czarowne to uczucie, uczucie tryumfu w finale! Chcę je poczuć jeszcze raz w tym sezonie!

Real Madryt: Casillas, Arbeloa, Ramos, Carvalho (Garay, 120'), Marcelo; Xabi, Pepe, Khedira (Granero, 104'); Di María, Özil (Adebayor, 70'), Cristiano Ronaldo
FC Barcelona: Pinto; Alves, Mascherano, Piqué, Adriano (Maxwell, 120'); Busquets (Keita, 108'), Xavi, Iniesta; Pedro, Messi, Villa (Afellay, 106')

realmadrid.pl

niedziela, 17 kwietnia 2011

Szachowały się taktycznie obie drużyny na Estadio Santiago Bernabéu przez pierwsze minuty pierwszej bitwy z czekających nas czterech. Real bardziej defensywnie niż zwykle, z trzecim nominalnym środkowym obrońcą, Pepe, ustawionym tym razem wyżej, w zasadzie w charakterze defensywnego pomocnika. Barcelona jak zawsze ostatnio, z Messim jako fałszywym środkowym napastnikiem.

Pierwsza interwencja Ikera Casillasa miała miejsce w 19. minucie spotkania. Nasz
portero
zgrabnie zgasił zamiary próbującego go lobować Messiego. Kilka minut wcześniej strzał z rzutu wolnego Ronaldo pewnie uchwycił Valdés.
Seria rzutów rożnych dla gospodarzy nie przyniosła upragnionego rezultatu. Gorąco zrobiło się natomiast w naszym polu karnym, gdy doszło do kontaktu pomiędzy Villą a Casillasem. Był rzut karny, czy jednak nie? Żółty kartonik za zbyt sugestywne protesty otrzymał Piqué.

W ostatnim kwadransie pierwszej połowy świetną okazję miał Cristiano, niezbyt dobrze przyjął jednak niewdzięczną wtedy Portugalczykowi futbolówkę i w ostatnim momencie ubiegł go barceloński obrońca. Jeszcze głową próbował zaatakować udo Pepego Leo Messi, jeszcze świetnie uderzał, i równie świetnie bronił Casillas, a piłkę nieomal z linii bramkowej wybijali barcelończycy, lecz wynik uparcie tkwił przy swoim - 0:0

Początek drugiej odsłony spotkania i rzut wolny dla Królewskich po faulu na CR7. Słupek po świetnym strzale wcześniej poszkodowanego! Jak niewiele brakowało...

Nic nie zabrakło natomiast Barcelonie, gdy kilka chwil później Albiol został ograny przez Davida Villę. Faul na barcelońskim maravilli, czerwona kartka dla obrońcy Realu, rzut karny Messi zamienia na gola. Swego trzydziestego w sezonie ligowym. 0:1 w 53. minucie i w perspektywie gra w dziesięciu przez całą ogromną resztę drugiej połowy.

Ostatnie 30 minut pierwszej bitwy z czterech uderzeniem w poprzeczkę bramki Casillasa otworzył Xavi. Zmiany w Realu: Arbeloa, Adebayor, a wcześniej Özil zjawili się na murawie. Opuścili ją Benzema, Xabi Alonso oraz Di María. Również Barcelona skorzystała z możliwości wprowadzenia świeżych sił na boisko - Keita za zniesionego z boiska Puyola oraz Affelay Pedro.

Mourinho próbował tasować ustawieniem zespołu, ryzykował wprowadzając zawodników ofensywnych i stawiając na trzech obrońców. Jakież miał zresztą inne wyjście? Real starał się atakować, zarazem będąc odsłoniętym na szybkie wyjścia rywala.

Wbrew pozorom Barcelona miała mniej z gry, niż wtedy, gdy siły były wyrównane, a przewagi jednego zawodnika po katalońskiej stronie praktycznie nie było widać. Real szedł va banque, już bez miejsca na kalkulacje, potrzeba nam było podnieść głowę i odpowiedzieć na prowadzenie rywala.

Nagle żółta kartka dla protestującego Valdésa, chwilę wcześniej faul Alvesa na rozpędzonym do prędkości dźwięku Marcelo, karny! Ronaldo i gol na 1:1! Trybuny Santiago uniosły się nad ziemię, Victor V. leżał w prawym rogu bramki, piłka w rogu przeciwnym, ktoś był zszokowany, ktoś najszczęśliwszy na świecie.

Zraniona Barcelona ruszyła do ataku, bronił świetnie Casillas, troili się obrońcy Los Merengues, zarazem próbowali atakować koledzy z ofensywy. Khedira! Tunezyjski Niemiec uderzał po świetnej akcji Niemca tureckiego i nigeryjskiego Togijczyka, złapał piłkę barceloński golkiper.

Było to elektryzujące aż do bólu oczu od tryskających iskier widowisko w Madrycie. Real osłabiony, Real przegrywający, potrafił podnieść się i wyrwać Barcelonie zwycięstwo z garści. Wielki mecz Pepego, wielkie brawa dla Królewskich! Kolejne trzy bitwy na froncie wojny o Puchary Hiszpanii i Europy zapowiadają się obłędnie interesująco.

Bramki:
Ronaldo 78' - Messi 53'

Żółte kartki:
Marcelo, Arbeloa - Adriano, Piqué, Alves, Xavi, Valdés.

Czerwona kartka:
Albiol

Real Madryt:
Casillas; Sergio Ramos, Albiol, Carvalho, Marcelo; Xabi Alonso (Adebayor 66'), Pepe, Khedira; Di María (Arbeloa 66'), Cristiano Ronaldo; Benzema (Özil 56')

Ławka rezerwowych: Adán, Garay, Arbeloa, Kaká, Özil, Higuaín, Adebayor


FC Barcelona:
Victor Valdés; Dani Alves, Puyol )Keita 57'), Piqué, Adriano (Maxwell 79'), Xavi, Sergio Busquets, Iniesta, Pedro (Affelay 65'), Leo Messi, David Villa

Ławka rezerwowych: Pinto, Milito, Maxwell, Keita, Thiago, Fontás, Afellay.


Sędzia:
Muñíz Fernández.

realmadrid.pl

czwartek, 14 kwietnia 2011

Po pierwszej połowie meczu, który wyczekiwał mało kto, poza wierzącymi w cud kibicami Tottenhamu, Real Madryt bezbramkowo remisował z Tottenhamem Hotspur.

Pierwsze 20 minut meczu upłynęło w tempie dość sennym, przerywanym próbami gospodarzy na strzelenie pierwszej bramki, która dałaby im cień szansy na dobranie się do skóry Królewskich. Szarpali Lennon z Bale'm, aktywny starał się być Pawliuczenko, arcy-wielkiego zagrożenia pod świątynią Ikera Casillasa jednak nie stworzyli.


Real, w prawie najmocniejszym składzie, traktował mecz w taryfie o nazwie "ulgowa", jak pewny swego konduktor, który zmęczyć się pracą specjalnie nie chce, ale jest święcie pewien, że swoje i tak zainkasuje. Czasami aż zbyt lekko, nonszalancko, trzeba przyznać, czego dowodem kilka interwencji w polu karnym, po których raz sędzia mógł podyktować "jedenastkę" dla podopiecznych Harry'ego Redknappa.


W tle głośno intonowali stadionowe przyśpiewki kibice
Spurs, od czasu do czasu wtórowali im madridistas gromkim ¡Hala Madrid!. Gola strzelił Bale, lecz partner zagrywał mu piłkę z pozycji spalonej, żółtą kartkę otrzymał Ricardo Carvalho. Portugalczyk nie zagra w pierwszym meczu półfinałowym z Barceloną, co było najważniejszą informacją płynąca z White Hart Lane po pierwszych czterdziestu pięciu minutach spotkania.

Na dobry początek drugiej części przystawki do hiszpańskiego półfinału w Lidze Mistrzów Cristiano Ronaldo uderzył z ponad 25 metrów. Celnie, ba prosto w bramkarza Tottenhamu. Mocno podkręcona piłka zatańczyła wokół rękawic Gomesa i ku zaskoczeniu wszystkich, włącznie z brazylijskim bramkarzem, wpadła do siatki londyńskich "Kogutów". 1 do 0 dla królewskich gości.

Autor bramki udał się na w pełni zasłużony odpoczynek po 65 minutach gry, zastąpił go Kaká, który chwilę później popisał się uderzeniem świetnym i minimalnie niecelnym.

Kolejnym zawodnikiem Królewskich, który zanotował wyczekiwany powrót do rozgrywek Ligi Mistrzów, był Karim Benzema. Na kwadrans przed końcem spotkania Francuz zmienił Xabiego Alonso.


Ostatnie kilkanaście minut londyńskiego rewanżu to już futbol dość radosny i lekki duchem, co obserwowali, między innymi, wychwyceni przez realizatora transmisji telewizyjnej Fabio Capello i Russel Crow. Co groźniejsza akcja jednej strony była kontrowana akcją strony drugiej, a wszystko w wyczekiwaniu na końcowy gwizdek arbitra. Wszystko oczywiście w akompaniamencie śpiewów lokalnych fanów przeplatanych hożymi przyśpiewkami kibiców z Hiszpanii.


W drugim dzisiejszym ćwierćfinale Schalke 04 pokonało Inter Mediolan 2:1. Gola i asystę zapisał niezniszczalny
El Siete. Do zobaczenia w finale Raúl!

Bramki:
Cristiano Ronaldo 50'

Tottenham:
Gomes, Corluka, Gallas, Dawson, Assou-Ekotto, Bale, Modrić (Kranjčar 83'), Huddlestone (Sandro 70'), Lennon (Defoe 61'), Van der Vaart, Pawliuczenko.

Real Madryt:
Casillas, Ramos (Granero 57'), Carvalho, Albiol, Arbeloa, Khedira, Xabi Alonso, Cristiano Ronaldo (Kaká 65'), Oezil, Marcelo i Adebayor.

realmadrid.pl

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 55
Tagi